Działo się :-)
Nie opiszę tego tutaj tak jak to było z emocjami, no ale niestety takie rzeczy trzeba na własnej skórze przeżyć :-) Mieliśmy jechać do Lamayuru. Proste. Prosto też wyszło, ale emocje były, człowiek nie przyzwyczajony.
Wstaliśmy przed 4, aby się spakować i dojść na dworzec. Wyszliśmy ok. 4.30, ciemno, po ulicy przechodzili pojedynczy hindusi, psy się plątały, krowy cos tam ze śmieci jadły, co jakiś czas z meczetów jakieś śpiewy przez głośniki puszczali – klimat mocny. Doszliśmy zaułkami na dworzec, tam autobus, ludzi już sporo. Podeszliśmy, koleś od razu zabrał nam plecaki i na dach je wrzucił. Pytamy się czy Lamayaru – „Yes, no problem”. No dobra, no to wsiadamy. Jakoś dziwnie bo miejsca puste, a ludzie stoją. Jak ktoś wsiada to nie siada tam gdzie puste, ale się pcha gdzie ktoś już siedzi. Dziwne. My zajęliśmy pierwsze wolne i ruszamy :-) Biletów nie mamy, nie wiemy do końca gdzie jedziemy bo żadnej kartki czy innego oznaczenia nie ma. A gdzie wysiąść? Nie wiemy. No, ale jedziemy. Staje co paręset metrów i ludzi przybywa. W końcu jest taki tłok ze wciskają się między siedzenia.
Na kolejnym przystanku wsiadają jakieś mniszki, przepychają się do nas, patrzą i zaczynają coś gadać po swojemu. Ludzie wszyscy coś tam gadają, nagle ktoś po angielsku czy mamy bilety na te miejsca... Okazuje się, że oni tam mają miejscówki. I rzeczywiście kredą pisze jak wół nad naszymi siedzeniami 19 i 20. Trochę zamieszania, ale przychodzi pomocnik kierowcy, pogania jakieś 2 kobiety ze swoich miejsc i nam każe tam siadać, a mniszki lądują na swoich miejscach. W sumie standard bo już któryś raz w Indiach mamy takie wrażenia – coś się dzieje, nie wiemy o co chodzi, ale wszystko się ładnie układa, ludzie się śmieją i się toczy. Nawet te dwie kobiety wygonione z miejsc zadowolone, coś tam gadają i w śmiech. Dlatego takie kraje są fajne – luz, bezpiecznie i przyjemnie. Niesamowite, że to wszystko jest na wesoło. Nie było awantury, pretensji tylko śmiech, żartowanie. Głupie białe z dziczy przyjechali i nawet nie wiedzą, że na autobus trzeba mieć bilet i miejscówkę. Trzeba pamiętać że autobus do Lamayaru jechał 6 godzin, a kolejny przystanek w Kargil po 10 godzinach. Abstrakcja dla nas, ale kobiety, którym zajęliśmy miejsce nic sobie z tego nie robiły, tylko się śmiały. W autobusie wszystko było poza zwierzętami. Worki z jedzeniem, baniak na wodę, który był na początku autobusu, a pod koniec jazdy wylądował gdzieś na końcu, mniszki buddyjskie, kilka dzieciaków co siedziały u obcych na kolanach bo matki nie miały miejsca. I w tym wszystkim w połowie trasy pomocnik kierowcy zaczął sprawdzać bilety :-) Ledwo się przeciskał. My nie mieliśmy więc dałem mu kasę na bilet 1000 rupii, ale nie oddał reszty tylko poszedł. Kilka razy mu się przypomniałem, ale mówił że later :-) Dopadłem go w końcu na postoju na jedzenie i oddał mi 300 rupii reszty, chociaż niechętnie.
Na postoju cały autobus wyleciał jak poparzony jeść. Potem kupili jeszcze jedzenie do autobusu i pojechaliśmy dalej. W ogóle tutaj to dziwne, że wszędzie bazary są, bary. Ludzie cały czas coś kupują. Z drugiej strony taka bieda. To nam na postoju kasy szkoda było na jedzenie, a oni kupowali na potęgę... Po drodze była kontrola paszportów, a później autobus stanął i ludzie zaczęli krzyczeć, że mamy wysiadać. My drzemkę zaliczyliśmy, więc średnio orientowaliśmy się o co chodzi. No ale gadają, aby wysiadać, więc wysiadamy. Na tyle mili byli, że pamiętali o nas i wysadzili nas w dobrym miejscu. Oczywiście uwierzyliśmy na słowo bo nie było żadnej tabliczki typu witaj w Lamayaru :-) Zresztą w Indiach dużo rzeczy trzeba brać na zaufanie bo samemu by się nie odnalazło...
Lamayuru super wioska. W końcu cisza, spokój, większość to Tybetańczycy, a nie hindusi czy muzułmanie. Bardzo biednie, skromnie. Aż dziwne, że tak można żyć. I jeszcze szczęśliwym być…
Połaziliśmy po Lamayuru i ruszyliśmy szukać początku trekkingu. Nie bardzo mogliśmy trafić, ale bez problemu pokierowali nami miejscowi. W sumie śmiesznie bo szliśmy drogą, przystanęliśmy i wołami do jakiego lokalsa gdzie droga do Wanla – a on, żeby się odwrócić. Odwracamy się i się okazuje, że praktycznie staliśmy oparci o wielki znak – droga do Wanla. Ślepe te białe…
Sama ścieżka super. Widoki powalały, wysoko. Coś pięknego. Szło się ciężko bo plecaki wielkie, gorąco, a my zapomnieliśmy wody z tego przejęcia. Na cały dzień mieliśmy 2 litry. Pod koniec było nam tak sucho, że się przestałem pocić chociaż było z 50 stopni. Przerwy robiliśmy mniej więcej co godzinę. Doszliśmy na nocleg po ok. 5 godzinach. Wioska mała, ale ze względu na to że poprowadzili tutaj drogę to był sklepik, trochę nowszych budynków. Namiot rozbiliśmy na polu jakiegoś lokalsa za 100 rupii. Jak rozkładaliśmy namiot to się pół wioski zleciało patrzeć. Dziwnie się rozpakować jak patrzy Ci się na ręce 10 osób :-)
Sama ścieżka super. Widoki powalały, wysoko. Coś pięknego. Szło się ciężko bo plecaki wielkie, gorąco, a my zapomnieliśmy wody z tego przejęcia. Na cały dzień mieliśmy 2 litry. Pod koniec było nam tak sucho, że się przestałem pocić chociaż było z 50 stopni. Przerwy robiliśmy mniej więcej co godzinę. Doszliśmy na nocleg po ok. 5 godzinach. Wioska mała, ale ze względu na to że poprowadzili tutaj drogę to był sklepik, trochę nowszych budynków. Namiot rozbiliśmy na polu jakiegoś lokalsa za 100 rupii. Jak rozkładaliśmy namiot to się pół wioski zleciało patrzeć. Dziwnie się rozpakować jak patrzy Ci się na ręce 10 osób :-)
Jedzenie, mycie i spać koło 22. Jedzenie na cały dzień to 3 banany rano i na kolacje makaron z sosem spaghetti i czekolada na gorąco z torebki :-)
Tutaj parę słów o ścieżkach. Nie ma tam szlaków, znaków, kolorowych oznaczeń. Mapy jeżeli są to w dużej skali i mogą pomoc jedynie orientacyjnie. Chodzi się tak naprawdę na czuja, gdzie ci wygodnie, aby dojść do danej przełęczy czy wioski. Szlaki są też tak rzadko używane w tym rejonie, że nie ma co liczyć na innych ludzi. Na cały ten trekking spotkaliśmy tylko 6 turystów. 12 dni łażenia i tylko 6 westernów. Utrudnieniem jest też to, że z tych ścieżek korzystają też miejscowi – a oni nie koniecznie chodzą tam gdzie turyści. Więc ścieżka jest wyraźna, można nią iść, ale ona prowadzi w całkiem inne miejsce – np. na pastwisko, źródło z wodą itd. Więc czasami trzeba kombinować, skracać, kluczyć między ścieżkami. Nam bardzo pomógł smartfon z wgranymi mapami open street maps. Ścieżki są tam na tyle dobrze oznaczone, że w sumie zawsze mniej więcej wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Zasilanie z panelu słonecznego Nomad 7 więc prądu było pod dostatkiem. Nawet na muzykę wieczorami z telefonu :)




















