Pobudka rano, pakowanie. Iza poszła na miasto i spotkała naszego drivera. Bajerował jakąś azjatkę. Było wczesniej, przed naszą umówioną godziną, ale powiedział, że skoro już jesteśmy gotowi to możemy jechać. iza wróciła więc do pokoju, zabraliśmy rzeczy i zeszliśmy na dół. Kierowcy jednak nie ma, gdzieś poszedł. Wrócił dopiero na godzinę na którą się umówiliśmy... eh.... Co ciekawe przyprowadził ze sobą azjatkę, która ruszyła z nami. Zagadali nas jeszcze jacyś 3 kolesie czy nie możemy ich podrzucić do asfaltu, zgodziliśmy się, ale w międzyczasie dogadali sie też z mnichami z pobliskiego klasztoru, że oni ich podrzucą. Tak więc wracaliśmy we dwójkę plus kierowca i azjatka.
Poczatkowo podróż wzdłuż brzegów jeziora i postój na zdjęcia. Potem pustynnimi ścieżkami do asfaltu. Po drodze kontrola wojskowa pozwoleń na przebywanie w tym regionie. Jak wszystko w okolicy to rejony przygraniczne, dużo wojska i pobyt możliwy jest tylko ze specjalnym permitem. Sama droga fantastyczna. Dzikie góry, kręta droga, niesamowite widoki. Po drodze postój przy lokalnej atrakcji - hot spring czyli gorące źródła. Takie typowe indyjskie - tony śmieci, wszystko zniszczone, a pomiędzy tym wypływa z jakiegoś betonowego bajorka gorąca, śmiedząca jajkami woda. Średnia to atrakcja.
Cała droga do Leh to non stop super widoki, sporo mijanek z innymi kierowcami. Jeden krótki postój aby przepuścić konwój cieżarówek wojskowych.
Od paru dni chodzi nam po głowie jedzenie - szczególnie kanapki z warzywami więc jedziemy, podziwiamy widoki i myślimy o pomidorach :)
Powrót do Leh pod biuro agencji, szybkie dziękuje lecimy szukac noclegu. Okazuje się, że w naszej miejscówce nie ma wolnych pokoi. Idziemy więc szukać gdzie indziej, ale szybko znajdujemy pokój w hoteliku na tej samej ulicy. A potem na miasto po jedzenie :)
Warzywniaków (stragany z warzywami lub małe sklepiki) mają sporo więc szybko kupujemy ogórki, pomidory, cebule. Jest problem z pieczywem - bo oni tam raczej tego nie jedzą. Idziemy więc do baru gdzie jadamy obiady i zamawiamy bułkę (normalnie dają je do śniadań turystom) oraz chlebek pita (normalnie do obiadu). Trochę się dziwią po co nam to, ale sprzedają. Wracamy do pokoju i jemy. Pycha :) Kupujemy sobie nawet masło :) Normalnie na treku to się je suche jedzenie typu makaron i sos z torebki więc strasznie nas ciągneło do świeżego jedzenia...
Po jedzeniu wychodzimy na miasto szukać czegoś na kolacje :) Załatwiamy też wycieczkę na jutro - zjazd rowerami z przełęczy Khardung La (5602 m) - najwyżej przejezdnej przełęczy na świecie.






