Po noclegu w Sumdo postanowiliśmy iść dzisiaj krócej niż wczoraj. Plan na ten dzień jest taki, aby dojść do bazy pod Dungdung La. Tam nocleg. Zajmuje to ok. 4 godzin. Następnego dnia przejście przez przełęcz i dojście do Chiling. Ten odcinek zajmuje 6 godzin.
Tylko, że z drugiej strony 4 czy 6 godzin to mało – i jak rano wyjdziemy to koło południa bylibyśmy na miejscu. A my i tak byliśmy do przodu ponieważ nocowaliśmy w Sumdo, kiedy przewodniki zalecają spać godzinę wcześniej w bazie za przełęczą Konze La. Decyzja więc taka, że postanowiliśmy nie nocować jak zalecają w bazie przed Dungdung La, ale przejść przełęcz i zanocować gdzieś podczas schodzenia.
Z Sumdo wyszliśmy ok 8 rano. Droga szła po zboczu doliny, ale w porównaniu z dniem wczorajszym to dzisiaj była to zwykła, wygodna ścieżka. Wczorajsza ścieżka miała momentami z 10 cm, a dzisiaj ma z metr :-) Ścieżką szliśmy ok. 1 h, na końcu zeszliśmy do dna doliny tuż nad rzekę. Tutaj mieliśmy wybór. Iść przez przełęcz 4200 m jak zaleca przewodnik książkowy czy skorzystać ze ścieżki, która omija przełęcz 4200 m i od razu idzie do bazy pod przełęcz Dungdung La. Minus taki, że nasza książka była z 2004 r., a w miejscach takich jak te czasami wszystko potrafi zmienić się z roku na rok. Plecaki ciężkie, wdrapywanie się więc na przełęcz, aby zaraz z niej zejść słabo wyglądało, więc zaryzykowaliśmy.
Początkowo było ok. Szlo się dnem doliny wzdłuż rzeki. Ścieżka jednak stawała się powoli dzika. Była zarośnięta, momentami mocno zniszczona. Nagle się skończyła. Po prostu stanęliśmy nad brzegiem strumienia. Dalej coś tam było widać, ale w tym miejscu urywała się do rzeki. W tym miejscu strumień wyglądał na w miarę ok, więc przeleźliśmy – ja po skałach, Iza w bród.
Szliśmy dalej, ale coraz bardziej coś było nie tak. Szliśmy już za długo, miał być jakiś mały mostek, a było pusto i dziko. Klops. Bez sensu było iść dalej więc szybka decyzja – wracamy do punktu wyjścia i idziemy przełęczą czy kombinujemy i idziemy na czuja, na azymut. Padło na drugą opcję. Mieliśmy poglądową mapkę, gps w telefonie więc nie zginiemy, najwyżej mocno nadłożymy drogi, lub zawrócimy. Problemem było przekroczenie rzeki. Zrobiła się naprawdę rwąca i nie było za bardzo jak przejść. W końcu znaleźliśmy wypłaszczenie, rozbieg i solidny skok z bloku skalnego na drugi brzeg. Po drugiej stronie dziko, nie widać żadnego przejścia czy ścieżki. Weszliśmy więc w wąwóz pnący się lekko do góry i zaczęliśmy podchodzić. Nawet pasowało. Nawet momentami wydawało nam się, że to jest to. Widać było, że ktoś tędy chodził, dawno temu bo wszystko zarosło różami i krzaczorami, ale pasowało do tego, że tędy trzeba iść. Przedzieranie przez nią było okropne. Cały czas pod górę i walka z kolcami róży. Męczyliśmy się tak ok. 1 godziny i w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Tam już zwykłe zbocze – na dziko, bez ścieżki, ale chociaż bez krzaków. Po kolejnej godzinie zobaczyliśmy w oddali obóz i ścieżkę do niego prowadzącą.
Nasz skrót okazał, że prawie idealny – wyszliśmy na wprost ścieżki idącej z przełęczy w stronę obozu. Nie musieliśmy włazić na przelecz 4200 m co zaoszczędziło nam sporo sił. Czasowo wyszło pewnie tak samo, ale była przygoda, trochę emocji więc ok. W bazie był pierwszy spotkamy przez nas tea house. Jest to namiot z miejscowym, w którym można kupić wodę, herbatę i cos do jedzenia. Kupiliśmy sobie po herbacie za 20 rupii za obie - ok. 1,2 zł i odpoczywaliśmy ok. 30 minut, patrząc na okolicę.
Później mozolne podejście na przelecz. Ma wysokość 4700 m. Szliśmy na nią z obozu ok. 3 godziny z przerwą. Na przełęczy pojawiły się widoki na drugą stronę. Rewelacja. Najlepsze widoki na całym wyjeździe. Olbrzymie góry, puste przestrzenie, ładna pogoda. Teraz żałuje, że nie zostaliśmy tam na noc. Zejście z przełęczy trwało ok. 4 godzin. Plan był, aby gdzieś za przełęczą przenocować. Szło się jednak dobrze - ścieżka była przygotowana rewelacyjnie, szeroka, z zakosami, a nie ostro w dół. Do przełęczy szło się ścieżką wydeptaną przez zwierzęta, a teraz w dół ścieżką, o którą widać, że ktoś dba – ładnie obsypana, wygodne zygzaki, nie było wąskich momentów nad przepaściami, tylko tak sprytnie ktoś ją poprowadził, że miejsca, które z daleka wyglądały hardkorowo, ładnie się obchodziło, lub ścieżka była na tyle szeroka i dobrej jakości (bez luźnych kamyków, oberwań itd.), że nie było stresu. Szło się więc dobrze, widoki cudne, postanowiliśmy dojść więc do samego Chiling.
Zejścia w sumie miało być ok. 1300 m więc dla nóg, szczególnie kolan, masakra. 1300 m w dół z 20 kilku kilogramowym plecakiem. Szliśmy łącznie ok. 4 godzin plus wiele przerw na zdjęcia. W Chiling byliśmy ok. 19.30. Szukaliśmy miejsca na rozbicie namiotu, ale jakaś miejscowa kobieta nalegała na to abyśmy spali u niej w domu. Chciała 800 rupii za nocleg i wyżywienie. Byliśmy wykończeni, w sumie nie chciało nam się rozbijać namiotu, więc z chęcią przyjęliśmy propozycję, aby u niej przenocować. Nie chcieliśmy jednak jedzenia, więc za samo spanie stanęło na 300 rupii. Więc dzisiaj spanie pod dachem. Będzie miła odmiana. Dom bardzo prymitywny chociaż miał wszystko co trzeba. Kibel na zewnątrz, kuchnie i pokój do spania. Kobieta mieszkała z 1,5 rocznym dzieckiem. Mąż wypasa w lato zwierzęta w górach, druga córka jest w szkole w Shey. Kobieta okazała się bardzo fajna. Gadaliśmy, pokazywaliśmy różne rzeczy, nakarmiliśmy ją czerwonym barszczem z torebki i puree ziemniaczanym. Zaczęliśmy gotować, a ona cały czas kręciła się wokół nas i coś nam dawała – a to ciastka, a to herbatę, a to krzesła, kocyki, lampę solarną. Chcieliśmy się jakoś zrewanżować więc przygotowaliśmy jej porcję jedzenia. Dzieciakowi zrobiliśmy kisiel z torebki, ale nie chciał tego jeść. Kobiecie średnio smakowała, ale zjadła wszystko i wzięła się za swoje gary :) Zrobiła swoje danie. Kluski z mąki w czymś na kształt sosie z cebuli, ziemniaka, pomidora i innych warzyw. Do tego mnóstwo ich przypraw. Było to tak ostre, że ledwo zjadłem :). Jadłem, płakałem, czkawki dostałem, a kobieta turlała się po ziemi ze śmiechu :) Ale w sumie bardzo dobre. Mniej doprawić i bardzo ciekawe danie. Potem mycie w kąciku sanitarnym i koło 22 spać. Kobieta spała w kuchni – miała tam łóżko czyli trochę kocy na podłodze. My spaliśmy w pokoiku obok – coś jak jadalnia bo miała maty na ziemi, na których się siada i niskie stoliki do jedzenia. Spało się dziwnie. Pod dachem, gorąco. Baliśmy się jakiś robali, ale nic nas nie pogryzlo :-)
Wrażenia z noclegu super – w domu miejscowego, więc można się przyjrzeć jak oni tam mieszkają, pogadaliśmy sobie – chociaż znała słabo angielski więc dużo rozmowy było na zasadzie pokazywania sobie różnych rzeczy (np. pokazała nam co uprawia na zdjęciu na torebce przypraw knorra – jej torebka, nie nasza), śmiania się itd. Wszystko robiło się w jednej izbie – była to kuchnia, nawet bardzo dobrze wyposażona, w rogu była betonowa wylewka w której myło się naczynia, zęby, siebie generalnie, pod ścianą na rozłożonych kocach spała z dzieckiem. Był baniak z wodą przytarganą z gór, butla z gazem do gotowania. Było nawet światło – z paneli słonecznych. Tak więc bardzo prymitywnie, ale miała wszystko czego potrzebowała.
Rano mega niespodzianka. Otwieramy drzwi do naszego pokoiku, a przed drzwiami stoi termos z miętą – mówiłem dzień wcześniej, że lubię pić mięte – talerzyk z ciastkami, 2 baniaki z wodą do mycia. Po prostu super. Wieczorne gadanie, jedzenie, teraz to. Jak już się spakowaliśmy i wychodziliśmy to nam jeszcze mięty z ogródka narwała, abyśmy w kolejnych dniach mogli ją sobie parzyć. Świetna kobieta, życzliwa i w ogóle. W takich ciężkich warunkach żyją, a tak dobrze nas ugościła. No ale, ruszyliśmy dalej.



























