Zjazd na rowerach z najwyższej przejezdej przełeczy - Khardung La (5602 m) !
Nie ma to jak robić dobre wrażenie. Miałem ze sobą koszulkę Orlen Warsaw Marathon i chodziłem w niej po Leh. Traf chciał, że za parę dni miał odbyć się w Leh ichniejszy maraton. Więc chodząc w takiej koszulce wyglądałem jak zawodnik szykujący się do biegu :) Robiło to wrażenie. W barze mnie kolesie kilka razy zagadywali i dopytywali czy w maratonie biegłem, potem koleś od rowerów. Więc fajnie :)
Do biura z rowerami poszliśmy na umówioną godzinę. Było wybieranie rowerów, kasków, jazda próbna. Rowery GIANT bardzo dobrej jakości, nowe, zadbane. Typowe górskie rowery z tarczowymi hamulcami i dobrą amortyzacją. Jazda próbna i pierwsze wrażenia. Zapomniałem, że tam jeżdzą lewą stroną - wjechałem na ulicę, jadę i szok - wszyscy jadą na mnie.
Po przymiarkach zapakowaliśmy się na jeepa, rowery na dugi wóz i jedziemy. Droga na przełęcz zajeła nam ok. 2 godziny. W wozie spotkaliśmy 2 polaków, którzy z własnymi rowerami przeprawiali sie na drugą stronę pasma górskiego, aby jechać gdzieś dalej.
Nasza wycieczka była zorganizowana w ten sposób, że dostaliśmy rowery, wwieźli nas na przełęcz. Tam krótkie zwiedzanie, zdjecia - jak Iza ustawła się przy oznaczeniu przełęczy abym jej zrobił zdjęcie to pół stacjonujących tam żołnierzy wykorzystało tą okazję i robiło sobie zdjęcia z Izą. Potem zjazd na dół. Za ostatnią osobą jechał nas wóz - na wszelki wypadek jakby się coś stało z człowiekiem lub rowerem. Nie było limitu czasu. mogliśmy jechać tak wolno jak chcieliśmy, robić zdjęcia tak często jak chcemy. Sama trasa to ponad 40 km, różnica wysokosci to 3000 m. 3 km non stop w dół :) Tak więc rozpoczeliśmy spokojny zjazd. Widoki niesamowite. 5600 metrów, wąska droga, przepaści, w oddali ośnieżone szczyty, kolorowe ciężarówki. Droga początkowo kamienista więc byliśmy ostrożni.
Po pewnym czasie kamienista droga przeszłą w asfaltową, my już się narobiliśmy zdjęć, oswoiliśmy z rowerami i zaczał się prawdziwy zjazd. Prędkości przekraczały 40 km na godzinę, droga była równa więc sama przyjemność. Zwalnialiśmy jedynie przed zakrętami. Ruch był spory więc za każdym zakrętem mógł się czaić szalony hindus, a pobocza nie ma - od razy przełęcz. Po drodze jeździło sporo motorów, rowerów, samochodów. Były też jaki, roboty drogowe, ciężarówki.
Powrót do Leh pod biuro i oddanie rowerów. Powrót do hotelu i pakowanie. Jutro wracamy do New Delhi.

















