niedziela, 7 lipca 2013

Dzień 11. Hinju - Sumdo


Kolejny dzień. Ciężki dzień. Chyba najgorszy. Przewodniki podają żeby dojść do bazy za przełęczą Konze La. Z Hinju jest to ok. 6-7 godzin. My jednak chcieliśmy iść dalej, aby nie tracić dnia. Zaczęło się od pobudki o 5 rano. Pakowanie, jedzenie, składanie namiotu i o 7.30 byliśmy już w drodze. Mocno pochmurno. Na początku trochę pomyliliśmy drogi, ale jakaś starsza kobieta standardowo zaczęła na nas gwizdać i pokazywała ręką w inną stronę – na inną ścieżkę. Okazała się tą dobrą. Potem drugi raz się trochę pogubiliśmy, ale znów nam ktoś wskazał prawidłową. Tak więc miło :-) 







Droga na przełęcz okazała się ciężka. Monotonne podejście, potem bardzo stromo, po sypkim żwirku. Na przełęczy rozwijały się chmury i zrobiło się ładnie. Widoki powalały, cała droga w dół świetna, jak na razie najbardziej spektakularna. Tak ładnie jeszcze nie  było. Było naprawdę pusto, żadnych wiosek, pasterzy. Puste, olbrzymie góry, ładna pogoda, później zachód słońca. Super. Problem jednak, że długo. Szliśmy i szliśmy i końca nie widać. Masakra. Ścieżka momentami szła stokiem nad rzeką. Ścieżka szeroka na jedną stopę, wiec trzeba było iść stopa za stopa. W dole 30 metrów niżej  strumień. Skupieni musieliśmy być przez cały czas. Ścieżka szła raz jedną stroną, raz drugą więc co jakiś czas musieliśmy zmieniać stronę wąwozu, ostre zejście w dół, przekraczanie strumienia. Bez mostków oczywiście. Skakanie po kamieniach lub moczenie butów. Na sam koniec jeszcze trochę pobłądziliśmy przed wioską – tak ze 20 minut chodzenia zygzakiem i szukanie jakiejś ścieżki. 









Do wioski dotarliśmy przed 20. Szliśmy łącznie tego dnia ponad 11 godzin. Wioska bardzo dzika. Nazywa się Sumdo. Zero dróg, prądu. Średniowiecze i to takie wczesne. Rozbiliśmy się na podwórku u jakiejś rodziny. Gotowanie po ciemku i spać. 



Spotkaliśmy tez 3 ziomali, którzy też się rozbili u tej rodziny na podwórku. Śmiesznie bo gadali jakieś głupoty, medytowali przed namiotem, w ogóle w swoim świecie byli. Byli oni 4, 5 i 6 osobą-turystą, które spotkaliśmy. I ostatnimi. Na cały trekking spotkaliśmy tylko 6 turystów. 12 dni. 6 białasów. Po drodze spotkaliśmy jaki pasące się na stoku góry. Przy okazji innego dnia wypytaliśmy się o te jaki – więc oni puszczają je wiosną w góry i jesienią chodzą po górach i ich szukają. Na zimę sprowadzają w doliny. Pytałem po co im jaki – mówili, że to skarb. Pytam się co z nich mają jak ich nie ma całe lato. Nie bardzo wiedzieli co powiedzieć. Z kontekstu tylko się domyślamy, że robią za siłę transportową, skóry, mięso, odchody na opał.