wtorek, 9 lipca 2013

Dzień 13. Chilling - Skiu


Z Chiling w stronę przeprawy nad rzeką Zanskar. Szło się drogą szutrową przez ok. 5 km. Według Lonely Planet wybudowali już most, według naszej gospodyni z wczoraj mostu nie ma, chociaż ona tam już jakiś czas temu nie była, więc nie miała pewności. Jak dochodziliśmy do miejsca przeprawy to już z daleka było widać, że most może i będzie, ale maybe next year jak to nam powiedział jeden z robotników kręcących się obok stalowej konstrukcji. 




Musieliśmy skorzystać więc z tego czego się trochę obawialiśmy – przeprawy w koszyku poprowadzonym na linie na rzeką :) Jest to gruba stalowa lina zawieszona nad rzeką. Na niej uczepiony jest drewniany kosz. Kosz nie ma ścianek, sam szkielet. Zawieszony jest na pojedynczym kółku więc wystarczy odchylić się lekko w którąś stronę i koszyk się niebezpiecznie przechyla. Najpierw pojechała Iza ze swoim plecakiem. Niestety przeważała koszyk w jedną ze stron i jakiś miejscowy zaoferował się, że pojedzie z nią uczepiony z drugiej strony, aby wyrównać przechył. Czad. Koszyk był zwalniany z zaczepu i połowę rzeki sunął siłą rozpędu. Potem stawał w połowie i dalej trzeba było wciągać go ręcznie. Po drugiej stronie stał Pan – co ciekawe jest to rządowa fucha, więc ten Pan był tam na etacie – i ciągnął za linę przymocowaną do koszyka. Po Izie pojechałem ja. Wrażenie całkiem niezłe, fajna zabawa. Wysoko, nurt bardzo ostry i się dynda nad rzeką czekając, aż się zostanie wciągniętym. Ale było fajnie, no i ta świadomość, że za rok może już takich atrakcji nie będzie, tylko spacer 2 minuty przez most :)





Po przeprawie ruszyliśmy drogą do wioski Kaya, a potem Skiu. Weszliśmy na tzw. trekking Markha Valley. Do tej pory szliśmy mało uczęszczanym szlakiem, a teraz weszliśmy na taki, który wybiera 90% turystów. I to było widać od razu. Dużo śmieci, brudne ścieki, kałuże, bary, noclegi w domach. Droga zajęła nam 3 godziny. Widać, że wkraczamy na popularny odcinek bo ludzi też mnóstwo, co paręnaście minut się kogoś spotyka. Samo Skiu nawet ładne. W centrum kilka gomp, powyżej na skałach mały klasztor. Rozbijamy się na rasowym polu namiotowym – czyli klepisku z napisem campsite i łazimy po okolicy. Są dwa bary, sklepik. Robimy pranie w strumyku, gotujemy, jemy. 





Iza ma dzisiaj urodziny więc kupuje jej w sklepiku małą colę – prezent, a co :) Iza robi sobie kisiel malinowy i tak świętujemy. Siadamy pod namiotem-spadochronem i gotujemy obok kucharzy ze zorganizowanej grupy. Jest tam kilku kucharzy, mnóstwo warzyw, mięsa, cały gar ryżu. A my zalewamy sobie chińskie zupki, robimy makaron z sosem z torebki, popijamy colą, jemy kisiel. Trochę szkoda, że nie ma mięsa, ale tylko trochę. W Skiu jest sporo turystów, obsługi, zwierząt noszących sprzęt więc koniec z górami tylko dla nas. Szkoda. Wieczorem sesja zdjęciowa gwiazd. Tysiące ich na niebie, szkoda, że na zdjęciach nie widać tego tak fajnie jak na żywo.




Z ciekawostek to w wiosce mają mini oczyszczalnie wody przez promienie UV. Za 15 rupii można kupić litr oczyszczonej wody. Umówiliśmy się też z lokalną kobietą na śniadanie jutro o 6.30. Dogadaliśmy się na wszystkie szczegóły - ile osób, co chcemy jeść, pić itd. więc może tym razem w końcu będzie tak jak się umówiliśmy... No ale po naszych wcześniejszych doświadczeniach jakoś nadziei nie mam :-) Spać dosyć późno przez te zdjęcia. Jutro pobudka o 5 i o 6.30 śniadanie...