No i znów przykład jacy są dziwni. Umówiliśmy się wczoraj na 8, że pójdziemy do jednej z lokalnych kobiet na śniadanie. Miała po nas przyjść o 8 i zaprowadzić do siebie. Wstaliśmy rano, spakowaliśmy się i o 8 już czekaliśmy. Wytrzymaliśmy do 8.30 i poszliśmy jej szukać. Nie znaleźliśmy, ale spotkaliśmy inną kobietę, która powiedziała, że da nam śniadanie. Poszliśmy do niej, a tam jest też ta która się wczoraj z nami umawiała. I jakby nic się nie stało. Nie tłumaczyła, że zapomniała, że coś. Nic. Dziwne. Umawia się, wie, że dostanie kasę za friko bo zjemy to co i ona więc się nie narobi… ale nie przychodzi... Dziwne.
Śniadanie fajne. Placki chapati - coś jak tortilla, do tego jajko na twardo i herbata z mlekiem. Poczęstowała nas jeszcze herbata tybetańską. Fanem nie zostanę :-) Jest to herbata z solą, mlekiem i masłem. Mniam, mniam ;-) Fajnie, że zaprosiła nas do domu wiec mogliśmy zobaczyć jak mieszkają. Ta całkiem wygodnie. Miała dużą kuchnie, sporo naczyń, piec i kuchenkę. Jak na nich to miała też idealny porządek, nawet śmietnik, a oni normalnie wszystko wywalają gdzie popadnie. Śniadanie kosztowało nas 150 rupi czyli ok. 7 zł. Co do herbaty tybetańskiej to jeden z turystów spotkany później w mieście powiedział, coś co się nam spodobało – jeżeli o tej herbacie myślisz jak o zupie to nie jest taka zła, jak myślisz jak o herbacie, to jest paskudna :)
Po śniadaniu droga w dół. Po drodze spotkaliśmy turystę z Izraela. Szedł sam, plecak miał chyba, ze 40 kg. Zamierzał zrobić trasę na ok. 20 dni. Żarcie, spanie, wszystko miał ze sobą. Niezły... Pogadaliśmy ze 20 minut i poszliśmy. Dobrze, że tak krótko bo zastał nas akurat w momencie, kiedy rozglądałem się za wygodnym krzaczkiem – przy samej drodze bo tam i tak nikt nie łazi, a tu nagle Hello :)
Dalej kolejna niespodzianka. Droga przez wąwóz, którą szliśmy została wysadzona lub sama runęła, kto ją tam wie. W każdym wypadku droga na odcinku 50 metrów całkowicie zawalona. Musieliśmy obejść to górą, co zajęło nam ok. 30 min. Najpierw bez plecaka wybadać czy da radę, a potem wdrapać się po rumowisku skalnym i obejść to górą. W sumie ciężko było i się zeszło.
Tuż przed kolejną wioską spotkaliśmy poganiacza osiołków. Na treking można wynająć sobie takie osiołki do dźwigania ciężarów za 5-10 dolarów dziennie. Poganiacz gratis. No i takiego spotkaliśmy jak wracał z pastwiska z osiołkami. Opowiadał, że naszą trasą to nikt nie łazi…
Droga do Hinju poszła całkiem nieźle biorąc pod uwagę, że znów 500 metrów pod górę, a łączny dystans tego dnia to 25 km. Wioska super. Szło się dłuższy czas pustynną drogą, wychodzi za zakręt i nagle na zboczu góry zabudowania. Malowniczo i ładnie położona. Z bliska wygląda to już gorzej, ale pierwsze wrażenie na plus.
Wioska nowoczesna, a nocleg znaleźliśmy w wersji lux. Mamy namiot na podwórku u miejscowych. A tam kibelek ze światłem, prysznic z baniakiem na dachu. Kibel to dziura w ziemi żeby nie było, że zbytnio luksus, ale obudowany murkiem, miał drzwi no i światło z solara chyba. Do tej pory kibel był za krzykiem lub za kamieniem. Od właścicieli noclegu kupiliśmy dwa jajka i zrobiliśmy żurek z jajkiem i makaronem :-) Zbiegły się też standardowo dzieciaki i już z własnej woli nakarmiliśmy je - najpierw batonami, potem żurkiem. W zamian dostaliśmy miejscowy ser, który chyba wcześniej podeptałem bo suszył się na słońcu w rogu podwórka, a ja tam przykucnąłem, aby zdjęcia robić. Ser jest twardy i cięty w wiórki, które następnie leżą i schną na jakimś materiale. Dzieciaki dały nam jeszcze po cukierku. Zaprowadziły nas też do strumyka z dobrą woda, pomagały gotować, bawiły się kamerka. Bardzo fajne popołudnie.
Miejscowe kobiety zebrały się na drodze i plotki urządziły. Nieźle to wyglądało bo po prostu się zeszły z różnych stron, usiadły w kucki przy drodze i ględziły, śmiały się. Typowe ploty. Po polach cos łaziło i sapało. Miejscowi faceci się zebrali, gadali, a potem strzelili w krzaki gdzie były te sapania z broni albo z czegoś hukowego. Zapytałem się co to, ale powiedzieli ze koza lub jak. Ale czy do nich się strzela? Tak więc spać dzisiaj będziemy czujnie :)







