sobota, 13 lipca 2013

Trek 2. Dzień 1. Leh - Tso Kar (Nuruchan)


Rano pobudka, pakowanie i zgodnie z umową poszliśmy rano pod biuro agencji. Kierowca już czekał. Młody hindus, modnie ubrany. Mało rozmowny, ale w porządku. Ruszyliśmy w trasę. Droga stopniowo pieła się w górę. Po drodze zatrzymaliśmy się na śniadanie w lokalu dla turystów. Za placki, pacie warzywną, jogurt zapłaciliśmy ok. 2 zł. Do tego wzieliśmy sobie napój mango. W tym samym lokalu stołowało się dużo żołnierzy - to region przy granicy z Pakistanem, oni są nadal z nimi w stanie wojny więc granica jest pilnie strzeżona. Tak wiec było dużo żołnierzy na śniadaniu, oczywiście się nam przyglądali. Wydarzyła się mila rzecz. Zamówiliśmy nasze dania oraz ten napój mango, Pani mówi jakaś kwotę, a w tym momencie żołenirze zaczynają coś z nią dyskutować, ona gestykuluje, pokazuje na nas. Okazało się, że żołnierze przysłuchiwali się naszej rozmowie z Panią i jak usłyszeli kwotę jaką mamy zapłacić to zaczeli się z nią kłócić, aby nas nie oszukiwała bo śniadanie kosztuje mniej, ona się tłumaczyła, że dobrze nas policzyła bo wzieliśmy jeszcze sok. Zapytali się więc nas czy to prawda, że mamy też sok mango, my że tak więc podliczyli i okazało się, że dobrze nam podała kwotę. Tak więc miła sytuacja, że Pani uczciwa i że postronne osoby też zainteresowały się nami.

Dalsza podróż to już tylko pod górę na przełęcz Taglang La (5328 m) - druga najwyższa przejezdna przełęcz na świecie. Tam parę minut na zdjęcia i w dół. Po drodze kapitalne widoki, sama droga dobrej jakości tam gdzie jest asfalt. Tam gdzie nie ma już gorzej, ale widać, żę o drogę dbają bo cały czas coś gdzieś naprawiali, kładli asfalt itp. Ciekawostka - jak się robi żwirek, aby wysypać na drogę? Zwozi się wielkie kamienie, przywozi pare setek hindusów i oni młoteczkami rozbijają te kamienie na mały żwirek - naprawdę! Wszędzie ich przy drogach widzieliśmy.





Cała droga zajeła nam ok. 5 godzin. Na miejscu byliśmy w południe. Kierowca wysadził nas po środku niczego i wrócił do Leh.

Miejsce dzikie, puste ale naprawdę robiło wrażenie. Płasko, mnóstwo pagórków, ale wysokość to 4500-5000 m więc niby płasko, a tak naprawdę byliśmy wysoko w górach. Niesamowicie ciepło, zero cienia, z roślinności to tylko trawy. Jezioro Tso Kar jest wielkim, słonym jeziorem z lekko śmierdzącą wodą. Brzeg jeziora pokryty solą, dopływy to przeważnie różnokolorowe strumyki - widać, że to wszystko jest takie mineralne, nie do życia.

Na niebie były niesamowite chmury.











Na takich pustkowiach idzie się bardzo dziwnie. Na horyzoncie widać nasz punkt docelowy, wydaje się, ze to na wyciągnięcie ręki, a w rzeczywistości idzie się godzinami, a to jak było na horyzoncie tak nadal jest.

Na miejsce noclegu doszliśmy po ok. 5 godzinach. Okazało się, że była tam duża grupa zorganizowana - ludzie z całego świata, paru tragarzy i poganiaczy mułów. Podeszli i zagadali do nas francuzi - na ok. 60 lat, takie stare dzieci kwiaty. Kobieta podróżuje po świecie i medytuje w różnych słynnych miejscach, a jej mąż wtedy pali zioło. Strasznie wyluzowani, cały czas coś gadali bez sensu, śmiali się, opowiadali gdzie byli, co robili. Dali nam na powitanie herbate i ciastka, posiedzieliśmy a potem rozbiliśmy namiot. W okolicy namiotu było mnóstwo mały stworzonek - coś jak miniaturowe króliki połączone z chomikami. Po powrocie sprawdziliśmy, że nazywają się szczekuszki :) Pocieszne.