czwartek, 11 lipca 2013

Dzień 15. Powrót do Leh


Poranek, nic nas nie zjadło, to już ostatnia noc w górach więc o 6 rano zaczynamy się pakować i ruszamy w dół.. Ostatnie 3 godziny trekkingu. Zejście w tłumie turystów. Okropny ten szlak. Wcale nie ładny, tłum ludzi, wszędzie karawany osłów lub koni z ekwipunkiem zorganizowanych grup. Dobrze, że wybraliśmy inną trasę bo trekking tylko tą to byłaby strata czasu. Brzydko, syfnie i tłum ludzi. Klimatu gór w ogóle nie ma. Nasza trasa była pusta, nie wiem czy już pisałem, ale spotkaliśmy łącznie 6 białych. Tutaj tylu mijamy co 20 minut. Droga w dół wiedzie najpierw zboczem na dno potoku, a potem 1, 5 godziny wąwozem. W wąwozie trzeba kilka razy przekraczać strumień po zawalonych pniach drzew, więc są emocje na sam koniec :-) 






Po ok. 3 godzinach jesteśmy przy drodze. No ale nie ma nic, żadnych busów, taksówek itp. Zaczynamy więc iść. Droga do miasteczka gdzie będą busy to ok. 4 godziny. Pieszo do samego Leh to nawet 8 godzin więc byłaby masakra. Jest gorąco, droga monotonna. Po drodze mijamy jakiegoś turystę hindusa, który sobie cos zrobił w czasie treku. Jego grupa poszła dalej, a on sam kuśtyka w dół, aby dostać się do lekarza do Leh. Kolejny plus iść z grupą, co nie. Mówi, że zagadał kogoś na szlaku i wie, że za 30 min ma jechać jakiś lokals. Mamy już średnie zaufanie do takich obietnic więc ruszamy mimo wszystko pieszo. Prosimy go tylko, aby nas zgarnął po drodze, jakby rzeczywiście coś jeżdżącego udało mu się zorganizować. Po ok. godzinie drogi dotarliśmy do rzeki Indus. Robi wrażenie – duża, fajnie płynie w kanionie głębokim na kilkaset metrów. Po kolejnych 20 min jedzie samochód, a w środku nasz znajomy hindus. Za drogę do Leh kierowca wziął po 100 rupi czyli ok. 5 zł. Pieszo w takim skwarze byśmy padli gdzieś pewnie w pół drogi, a tak jedziemy i jest super. 



Po powrocie do Leh poszliśmy do naszego hotelu, ale niestety nie było wolnego naszego pokoju. Dostaliśmy inny, trochę mniej wygodny i pachnący, ale nie jest źle. Taniej. Nareszcie cywilizacja :-) Kupiliśmy sobie napój, arbuza, banany, mango, usiedliśmy w ogrodzie i jedliśmy. Potem rozpakowywanie, brudne rzeczy oddaliśmy do prania. Wszystko za 250 rupii czyli ok. 15 zł. Pranie robi nam koleżka z hotelu – taki młody hindus, który załatwia wszystko dla właścicieli. Jeżeli coś chcesz to wołają go i on to załatwia – jedzenie, picie, pranie, taksówkę. Wszystko on. 

Po krótkim relaksie idziemy na miasto załatwiać od razu kolejny trekking. Chcemy teraz wybrać się nad słone jeziora Tso Kar i Tso Moriri. W między czasie zakupy jedzenia na kolejny trekking, internet, znów jemy i pijemy :) Trekking udało się załatwić. Jedziemy pojutrze o 7 rano. Niestety sami więc cena 14 tyś rupii za transport czyli ok. 700 zł. Autobus jeździ tam 3 razy w miesiącu. Zostaje więc taksówka. Płaci się cenę za całą taksówkę – jedzie was 5 sztuk, cenę dzielicie na 5. Jedziesz tylko ty płacisz sam. Tak więc drogo, ale nikogo nie udało się zorganizować. Pod wieczór znów jemy w knajpie obok hoteliku – Gosma. Jem kurczaka tandroii, a dokładnie pól kurczaka :-) Iza coś czego nazwy nie wymówię, ale były tam jajka, pomidory, cebula, humus, sałatka jakaś, frytki i do tego pieczona w piecu i jeszcze ciepła pita. Ja do kurczaka wziąłem indyjskie pieczywo roti… Uwielbiamy ich pieczywo. Zawsze jest świeże i gorąco. W Maroko też było genialne, kilka dni tylko na nim żyliśmy. Tutaj też by dało radę. Super dobre. Spać w łóżku – docenia się takie wygódki po 2 tygodniach szargania się po górach… Aaaa no i pierwsza kąpiel od 12 dni. Super :-)