Lot przebiegł szybko – godzina w powietrzu i jesteśmy na miejscu. Wokół same tereny wojskowe więc z samoloty żadnego filmowania, robienia zdjęć. No ale jesteśmy w Leh. Bagaże doleciały, wszystko ok. Na lotnisku złapałem taksówkę do centrum. Koleś chciał 300 rupii, ale władze w Leh ustalają odgórnie stawki i my to wiedzieliśmy, nawet sobie na telefon pobrałem cennik z ich strony, więc wiedzieliśmy, że cena z lotniska do centrum to 200. I za tyle pojechaliśmy. W centrum szukanie hotelu. Zeszło się z pół godziny. Drogo chcieli, strasznie syfnie. Aż nagle weszliśmy do Dolma Guesthouse. Super czysto, ciepła woda wprost z termy zawieszonej w łazience, ogród, w łazience kafelki... Całość jakby odnowiona niedawno. Koleś chciał 1000 rupii, nasz budżet to 500, ale dogadaliśmy się i wziął 800 za noc. Za takie warunki warto dać więcej :-) 800 rupii to ok. 14 dolarów wiec drogo jak na Indie, ale Leh to typowa miejscowość turystyczna, żyjąca tylko z trekersów, westernów czy jak ich tam zwał i tyle to niestety kosztuje.
W pokoju prawie od razu zasnęliśmy. Spaliśmy w piątek 4 godziny, potem cały dzień łażenia po Dubaju, później noc na lotnisku w Delhi przesiedziana i później godzina snu w samolocie.
Lądowanie w Leh cos pięknego. Samolot krąży między szczytami i później ląduje w dolinie. Z każdej strony gdzie nie spojrzeć góry były. Czad.
Po drzemce w pokoju na miasto.
Zakupy typu gaz do kuchenki, sól, mapa. Kupiliśmy też banany i mango. Słodkie, miękkie. Super. Lubię to w takich krajach, że owoce smakują rewelacyjnie. Niby je znamy – banan, mango, żaden szał, ale smak tam jest po prostu nie do opisania. Do nas docierają zielone owoce, które są potem sztucznie pędzone. Tam praktycznie prosto z drzewa. Owoce to jedna z rzeczy, których mi zawsze brakuje po powrocie.
Zaczęły się też problemy z wysokością. Wczoraj było nad oceanem, teraz 3500 metrów. Wszedłem po schodach na piętro do sklepu z książkami i myślałem że się porzygam, tak mi się niedobrze zrobiło. Iza musiała usiąść bo w głowie jej się kręciło, plamy przed oczami. Ogólnie jest ciężko wiec trochę plany zmieniliśmy i nie jedziemy w góry jutro, ale dopiero pojutrze. Trzeba trochę aklimatyzacji złapać.
Jedzenie. Od czwartku od 12 do soboty do 16.30 jedliśmy raz w samolocie do Dubaju, śniadanie w hotelu w Dubaju, przejedliśmy się w business klasie w samolocie do Delhi i teraz owoce :-) Już wyjaśniam skąd klasa biznes – sprzedali za dużo biletów na lot, my wchodziliśmy ostatni na pokład i nasze miejsca były już zajęte – dostaliśmy więc za darmo przeniesienie do klasy biznes. Emiratami w klasie biznes… wow…
Idziemy na miasto załatwiać dalej sprawy. Teraz bilety na autobus aby zacząć trekking. Jak dobrze pójdzie to ruszamy w poniedziałek rano.
No i problem. Lokalny bus jeździ raz w tygodniu. Nie mamy czasu czekać. Można taxi wynająć, ale to dwa dni w drodze i koszt ok. 900 zł. Dziwne bo w relacjach z ostatnich lat pisali, że autobus jest codziennie. Musimy dzisiaj przysiąść i pomyśleć nad alternatywą. Szkoda bo ten trekking miał być najlepszy. Plan był taki, aby z Leh pojechać autobusem do Padum – jest to dwa dni jazdy z nocowaniem w Kargil. Z Padum wiedzie szlak w poprzek Zanskaru – dochodzi się do Lamayuru gdzie można już łatwo wrócić do Leh. No i niestety autobusu do Padum nie ma – tzn. jest, ale raz w tygodniu. Pytaliśmy na obu dworcach autobusowych i niestety nie ma. Dziwne, bo wszyscy zapewniali na forach, że jest…
Nadal źle się czujemy. Mnie głowa zaczyna boleć, słabo nam, w głowie się kręci, wymiotować się chce. Jutro czy pojutrze powinno być już dobrze, zaaklimatyzujemy się.
Teraz jesteśmy w barze i czekamy na jeść. Mango lassi (cos jak jogurt mango), pierożki tybetańskie momo, wegetariańskie oczywiście, wegetariańskie lafa - jakieś danie izraelskie. Do tego herbata cytrynowo imbirowa z miodem. Łączny koszt to 380 rupii czyli ok. 22 zł :-) Dogadzamy sobie. Po drodze do baru kupiłem sobie kebab od jakiegoś muzułmanina przy meczecie. Siedział w kucki, miał przed sobą palenisko i na żarze grilował mięso. Zawijał w cienki chlebek, to w gazetę (oby chociaż w dzisiejszą ) i gotowe. 30 rupii czyli ok. 2 zł.
Mango lassi oraz lemon-honey-ginger
Pierożki mo-mo
Ciekawostka. Jak co dzień tak i dzisiaj kilka razy wyłączyli prąd – dzieje się tak kilka razy dziennie. Można sobie siedzieć w barze cos jeść, nagle bum i ciemno. Ale nie ma sprawy. Przed każdym lokalem, sklepem itd. stoi generator wiec parę sekund i znów widno :-)
Wieczorem szukaliśmy jeszcze możliwości dojazdu do Padum, ale niestety nadal nic – autobusów nie ma, taksówki są, ale za kosmiczne pieniądze, można pojechać też do Kargil (jest codzienny autobus) - duże miasto w połowie drogi i tam liczyć na szczęście, że cos nas zabierze do Padum, ale nie mamy czasu na takie kombinowanie. Siedzieliśmy do 12 w nocy i szukaliśmy w przewodnikach czegoś w zamian – inną trasę z lepszym dojazdem.









